Partner serwisu
16 maja 2017

Bo jak nie my to kto… czyli mamy definicję piwa!

Kategoria: Zdaniem Błażewicza

Ostatni weekend napełnił mnie energią. Pogoda była piękna – znalazła się chwila na zasłużony odpoczynek. Odpoczynek, ale nie leniuchowanie. W takich chwilach życiowa energia wprost rozpiera… nawet muzyka w radio daje dodatkowego kopa.

Bo jak nie my to kto… czyli mamy definicję piwa!

 

I od piosenki znów wszystko się zaczęło. W weekend w ucho wpadła mi piosenka wykonywana przez Mroza i Tomsona „Bo jak nie my to kto”. Piosenka to do dziś nie może się ode mnie odczepić. Ale to dobrze, bo jej przesłanie jest pozytywne i pokazuje, że „jak nie my to nikt” – słowem wszystko w naszych rękach.

Z dumą mogę powiedzieć, że przesłanie tej piosenki w ubiegłym tygodniu spełniły instytucje branżowe rynku piwa – Stowarzyszenie Regionalnych Browarów Polskich i Związek Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego „Browary Polskie”.

 

Spadła jakość tzw. piw ekonomicznych

Otóż, ostatnie lata to nie tylko bardzo dynamiczny rozwój najmniejszych graczy na rynku piwa nazywany „piwną rewolucją”. Niestety ten ostatni czas ma swoje mroczne oblicze. Od czasu, gdy przestały obowiązywać polskie normy obserwujemy znaczny spadek jakości piw tzw. ekonomicznych. Działo się tak ze względu na to, że nieustannie obniżano koszty ich produkcji przez zwiększanie procentowego udziału w ich zasypie surowcami niesłodowanymi (niesłodowanym jęczmieniem, grysem kukurydzianym, czy syropem glukozowo-fruktozowym). Doprowadziło to do wykształcenia całej kategorii rynkowej piw, które poza dostarczeniem alkoholu miały wyłącznie dwie dodatkowe cechy – niską cenę i znacznych rozmiarów opakowania zbiorcze. Niestety, nie miały punktów stycznych, ani z kulturą piwa, ani z jego walorami smakowymi.

To, co smuciło najbardziej to fakt, że nie istniały żadne regulacje dotyczące jakości oferowanych piw i charakter jakościowy przejęły częściowo przepisy podatkowe. Nie bez powodów pojawiło się w branży pojęcie napojów „piwopodobnych”, które opierając się na przepisach stosowanych dla piwa niewiele miały z tym wspólnego.

 

Przyjęli zgodną definicję piwa

Dlatego też z prawdziwą satysfakcją przyjąłem informacje o tym, że SRBP i ZPPP mimo wielu różnic, które na co dzień różnią skupione w nich browary, wzniosły się ponad te podziały i wspólnie przyjęły zgodną definicję piwa. Organizacje, które skupiają 90% rynku, ustaliły, że mianem piwa uznawać będą jedynie produkty, które uzyskano z surowców składających się w minimum 55% ze słodu. To ważny krok dla całej branży. I mimo tego, że regulacja ta nie ma charakteru legislacji to przyjęta do stosowania przez dwie organizację branżowe z dwóch biegunów piwnej sceny – jest jasnym sygnałem (także dla rządzących i instytucji kontrolnych) iż nie ma zgody na produkowanie i nazywanie piwem tego co na to miano nie zasługuje nie tylko przez swój skład, smak, ale także przez zgubne skutki dla organizmów osób, które po nie sięgają.

Przyjęcie wspólnej definicji piwa to dobry krok. Co więcej jest to krok, który pokazuje, że gracze rynkowi są dla dobra całej branży ustalić pewne ważne definicje. Mnie cieszy także to, ze nadszedł w Polsce czas na podejmowanie kroków zmierzających do tak oczekiwanego przez nas konsumentów jakościowego rozróżniania produktów i wskazywania tych o większych walorach… jeśli nie przez regulacje prawne to choćby przez samoregulacje branżowe. Miło, że piwo jest wśród pierwszych branż, które idą w tym kierunku!

 

 

Co tydzień nowy felieton z cyklu „Zdaniem Błażewicza”.
Wszystkie teksty znajdziesz TUTAJ.
Nie chcesz przegapić kolejnego felietonu? Zapisz się na newslettera.

Fot. T. Niewęgłowski

Tagi: definicja piwa, felieton, Paweł Błażewicz, Piwo, Zdaniem Błażewicza
ZAMKNIJ X
Strona używa plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. OK, AKCEPTUJĘ