Partner serwisu
02 sierpnia 2017

Wystrzałowe wakacje...

Kategoria: Zdaniem Błażewicza

Wakacyjna kanikuła pozwoliła mi na chwilę namysłu nad tym, co wydarzyło się w piwnej branży w te wakacje. Zastanawiałem się, w jakim kierunku szło polskie piwowarstwo rzemieślnicze. Wszak ich półmetek to dobry czas na pierwsze podsumowanie.

Wystrzałowe wakacje...

Pierwszym i najmocniejszym trendem okazały się piwa niskoalkoholowe. Nie bez- ale właśnie niskoalkoholowe. Piwa bezalkoholowe – ze względu na sposób ich wytwarzania – cały czas pozostają domeną wielkich koncernów. Piwowarstwo rzemieślnicze w miejsce piw bezalkoholowych wprowadzało „chmieloniady”, czyli wody gazowane i lemoniady z dodatkiem chmielu. Wracając jednak do piw niskoalkoholowych wydarzyło się kilka ciekawych inicjatyw. Mamy tu zatem i 1na100 z Browaru Kormoran, Cienkiego Bolka z Browaru na Jurze, czy Hipisa z Browaru Gościszewo. Myślę, że każde z tych piw fajnie uzupełnia ofertę polskich piw i jest wynikiem obserwowania potrzeb konsumentów. Podobną drogę obrały również koncerny, które obok mocno promowanych już w ubiegłym sezonie piw bezalkoholowych, w tym sezonie wprowadzają piwa niskoalkoholowe (zwane przez wielkich stadionowymi). Tak więc mamy kolejny powrót w postaci Lecha Lite, który wrócił wzmocniony hasłem cascade na puszcze. Mamy także, 3% Heinekena – jednak piwa te wciąż nie olśniewają smakiem.

Inne piwne trendy…

Tuż obok piw niskoalkoholowych możemy zauważyć trend pojawienia się piw sesyjnych (niezbyt mocnych) z wyraźnie kwaśnym akcentem oraz dodatkiem owoców. Takie piwa to domena browarów, które zwykliśmy określać mianem kraftowych. Piwa te mają dość jasno zdefiniowanego konsumenta, czyli piwosza świadomego i otwartego na nowe doznania smakowe. Nieco bardziej przystępnym trendem są piwa „milk shake”, czyli znów piwa lekkie, z dodatkiem owoców i laktozy, które powoduje uczucie owocowej pełni kojarzonej z lodowym deserem jednego z sieciowych fastfoodów.

Pojawiają się kolejne wariacje na temat Grodzisza, które mają doprowadzić do upowszechniania wiedzy o tym stylu, a także przekonać nas do wartości lekkich piw wędzonych. Zauważalne jest też to, co widać też w innych krajach objętych piwną rewolucją – czyli powrót lagerów. Nie są to jednak lagery, od jakich uginają się sklepowe półki, ale piwa wysokiej klasy, smaczne i pokazujące wszystkie zalety piw dolnej fermentacji, które ludzie najzwyczajniej lubią.

Niepokojąca sprawa…

Jednak obok tych wszystkich pozytywów, jakie obserwujemy na naszym rynku, jest jedna niepokojąca (a raczej trzeba powiedzieć, że niedopuszczalna) rzecz. To co mnie niepokoi to znaczący wzrost liczby piw, które najzwyczajniej wybuchają na sklepowych półkach. Dotyczy to głównie piw z maleńkich, młodych browarów, które robią wszystko by swoimi piwami podbić rynek i dać ludziom radość i rozrywkę. Ale na litość boską! Rozrywka to nie zagrożenie, że piwo wybuchnie w sklepie, czy w domu. To najzwyczajniej niebezpieczne. I nie jest tłumaczeniem, że piwa te są smaczniejsze, czy rzemieślnicze. Podstawą rzemiosła jest całkowita kontrola nad procesem, który się podejmuje. Zatem do obowiązków browarów należy całkowita kontrola nad fermentacją, jej zakończeniem, pasteryzacją i nade wszystko czystością w browarze. Nie ma bowiem większej antyreklamy niż piwo, które miast cieszyć i dać wytchnienie – powoduje zagrożenie i zmusza do sprzątania, o ile nie do wizyty na SOR. Słowem! Jeżeli browar chce być rzemieślniczy, powinien niczym rzemieślnik dysponować niezbędną wiedzą technologiczną, mieć nad nią całkowitą kontrolę i dbać o standard. To będzie najlepsza reklama naszego fachu!

 

Co tydzień nowy felieton z cyklu „Zdaniem Błażewicza”.
Wszystkie teksty znajdziesz TUTAJ.
Nie chcesz przegapić kolejnego felietonu? Zapisz się na newslettera.

ZAMKNIJ X
Strona używa plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. OK, AKCEPTUJĘ