Partner serwisu
24 listopada 2017

Czy jest szansa polubić małe piwko?

Kategoria: Zdaniem Błażewicza

Jesienno-zimowa aura doskonale pasuje do piw o wyższych ekstraktach, których nie pija się dla ugaszenia pragnienia, a raczej sączy się powoli w długie wieczory, gdy za oknem dżdży lub wieje. Do pory roku doskonale wpasowuje się także dobrze widoczny trend kreowany przez najmniejsze browary warzenia piw mocnych, żeby nie powiedzieć potężnych.

Czy jest szansa polubić małe piwko?


Oczywiście nie zamierzam opowiadać się w opozycji do piw najmocniejszych. Muszę przyznać, że jestem wielkim orędownikiem barley wine’ów, imperialnych stoutów, a przede wszystkim porterów bałtyckich. Jednak nade wszystko jestem zwolennikiem odpowiedzialnego spożycia alkoholu i takiego z nim kontaktu, który najzwyczajniej sprawia radość.

Dlatego dziś chciałbym wypowiedzieć się, a może zadać pytanie, czy nasza branża nie dorosła, by te najmocniejsze piwa oferować w mniejszych objętościach.

Mimo tego, że mocne, dobrze skomponowane piwa trafiają w moje gusta to najpopularniejsza w naszym kraju objętość 500 ml jest moim zdaniem za duża. Uważam, że ostatnie 100 ml, a może nawet 150 może już nieco nużyć, sycić i miast przyjemności nieco ciążyć.

Dlatego też uważam, że optymalnie byłoby, żeby piwne mocarze oferować w objętościach 300-400 ml. Nie zawsze się bowiem składa, że mamy okazję, aby piwa napić się z kimś i klasyczną butelkę podzielić na kilka osób. Mniejsza objętość moim zdaniem dawałaby szansę, że jedna osoba wypije takie piwo z przyjemnością. Z drugiej strony objętość na poziomie 375-400 ml jest na tyle duża, żeby dać satysfakcję dla dwóch, a nawet trzech osób.

Interesujące jest też to, że „alternatywne” objętości doskonale sprawdzają się nie tylko w krajach, gdzie nie obowiązuje system metryczny, ale także w krajach o wysokiej kulturze piwnej, gdzie w czasie jednej wizyty w pubie konsument próbuje kilku różnych piw.

W Polsce wciąż mniejsze objętości piwne nie mogą się przebić. Nie wiem, czy jest to wynik tego, że w czasie największego wzrostu zainteresowania piwem w małych butelkach oferowane było tylko podłe w smaku piwo bezalkoholowe oferowane przez wielkie koncerny. A może sprawa sięga jeszcze dalej, gdy mała (i popularna na zachodzie Europy) butelka Steine – zwana z polska granatem – kojarzona była z najlichszym produktem pitym przez „wczorajszych panów” pod budką. Nie wiem! Jednak jedno wiem na pewno, że małe objętości nie zasługują na traktowanie po macoszemu.

Dlatego na zakończenie tego wpisu apeluję o to, by browary nie zniechęcały się w promowaniu mniejszych objętości, co więcej jestem przekonany, że małe objętości to nie tylko obowiązek dla piw najmocniejszych, ale także szansa dla tych, które nie powalają kumulacją smaku i wysokimi procentami.

fot. 123rf.com
Nie ma jeszcze komentarzy...
CAPTCHA Image


Zaloguj się do profilu / utwórz profil
Strona używa plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. OK, AKCEPTUJĘ