02 lutego 2018

Ślizganie się jest dobre na Igrzyskach Olimpijskich

Kategoria: Zdaniem Błażewicza

Ostatni weekend stycznia był pełen emocji. Z jednej strony dramatyczne doniesienia spod Nanga Parbat i heroiczna akcja ratunkowa naszych himalaistów aklimatyzujących się przed próbą pierwszego zimowego wejścia na K2. Z drugiej strony w znacznie niższych górach, bo u podnóża Tatr, odbywały się konkursy w ramach Pucharu Świata w Skokach Narciarskich. Także tu emocjonalny rollercoaster, bo od zwycięstwa naszych Orłów w konkursie drużynowym po uznane za klęskę 38. miejsce Kamila Stocha w konkursie indywidualnym.

Ślizganie się jest dobre na Igrzyskach Olimpijskich

Mimo tylu wydarzeń, kilkukrotnego zaparcia tchu, kilku oddechów ulgi, weekend ten zapamiętam jako jeden wielki tygiel oświadczeń, wypowiedzi i wskazówek „niedzielnych specjalistów”. Przyznam nie spodziewałem się, że w naszym pięknym kraju jest tylu skoczków narciarskich światowej klasy i himalaistów z doświadczeniem na ośmiotysięcznikach. Gdybym części ekspertów nie znał osobiście jeszcze bym w to uwierzył… niestety (a może stety) znaczna część z nich narty góry zna jedynie z telewizji. Oczywiście nie zmienia to faktu, że poziom ich wiedzy jest ekspercki. Sumując zatem weekend do polityki, piłki nożnej, kuchni oraz historii (najlepiej XX wieku) – jako dyscypliny, w których każdy Polak jest ekspertem – dopisałem skoki narciarskie i wspinaczkę wysokogórską.

Jednak nim minęły jeszcze acha weekendowych wydarzeń, jak do listy obszarów fachowości polskich internautów musiałem dopisać PIWO. Pierwszym symptomem by wzbogacić listę był spór blogera od whisky i męskiej elegancji z czytelnikami jego obecności w social mediach. Spór dotyczył tego, że zamieścił zdjęcie z piwem i to piwem tfu! koncernowym. Na nic zdały się tłumaczenia na temat okoliczności picia tego piwa, wolności wyboru, czy najzwyczajniej gustów. Internetowi specjaliści odebrali bohaterowi nagonki nie tylko prawo do stwierdzeń, że piwo lubi, ale jakiegokolwiek prawa do swobodnego wyboru tego co pije – bo to wstyd i obraz niewiedzy.

Nie jest to odosobniony przypadek. Obserwując opinie na temat piw najbardziej ciekawi mnie, jak to jest, że internetowy recenzent z doświadczeniem 0-warek w browarze i ewentualnie 3 warki piwa domowego najlepiej wie, co zrobić by oferowane piwo było lepsze. Oczywiście opinie, co do smaku danego piwa głoszone przed premierą, lub negatywne recenzje spowodowane niemożliwością spróbowania obiektu recenzji pominę milczeniem. Bawi mnie też, gdy widzę, że piwowar tłumaczy plan rozlewów, a internetowy cenzor poprawia go twierdząc, że lepiej od niego zna pan rozlewów w browarze i „pewnie uszczelka w zaworze zbiornika nr 13 już nie trzyma jak poprzednio”. Równie bacznie przyglądam się autorytatywnym stwierdzeniom na temat tego, że piwo oferowane do sprzedaży trzeba dalej leżakować, bo piwowar nie dokonał tego należycie lub że wybrane dodatki nie miały nadać kompozycji piwa charakteru lub szlachetności, a jedynie zaszokować.

Najciekawsze jest jednak to, że podobnie jak w przypadku Himalajów i Wielkiej Krokwi, nie mam prawa oceniać. Ale mogę zadawać pytania…

Drogi konsumencie – czy zakładasz, że piwowar dla którego piwo to zapewne nie tylko zawód, ale przede wszystkim pasja chce Cię oszukać , wcisnąć coś co nie spełnia jego wyobrażenia, działa w złej wierze?

Drogi piwowarze – czy robisz wszystko, aby pytania konsumentów o długość leżakowania, czystość, Twoją pomysłowość – były wyrazami zaciekawienia Twoją pracą? A może w Twoim postępowaniu jest coś, co czyni te pytania słusznymi?

fot. 123rf.com
Nie ma jeszcze komentarzy...
CAPTCHA Image


Zaloguj się do profilu / utwórz profil
ZAMKNIJ X
Strona używa plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. OK, AKCEPTUJĘ