20 lutego 2018

Tyski przedmiot pożądania

Kategoria: Zdaniem Błażewicza

Do tej pory przyzwyczajony byłem do postrzegania świata, w którym podstawą wszelkiego poznania było zrozumienie. Tak było z psami – żeby powiedzieć, że się je lubi trzeba jakiegoś mieć i poza głaskaniem wiedzieć, co to znaczy spacer w ciemny, słotny, zimny, listopadowy świt (choć o tej ciemnicy trudno mówić „świt”). Zrozumienie zawsze uznawałem za podstawę poznania. Natomiast najwyższą formą tej konstrukcji jest dla mnie fakt braku zrozumienia kobiet – tłumaczone tym, że przecież nigdy kobietą nie zostanę.

Tyski przedmiot pożądania

Okazuje się jednak, że nie tylko kobiety do końca moich dni pozostaną dla mnie nieodgadnione. Do listy tej dołączy także piwo, które nieustannie mnie zaskakuje, choć może powinienem powiedzieć, że bardziej niż samo piwo zaskakują mnie wybory konsumenckie i ich oddziaływanie.

Jednym z ostatnich zaskoczeń jest IPA, która na początku tego roku pojawiła się w serii Książęce. Zapowiedzi tego piwa pojawiały się już od jakiegoś czasu. Najczęściej jednak komentowane jako okazja do zamarznięcia piekła. Nie zmienia to faktu, że pierwsze koncernowe piwo w Polsce zyskało na etykiecie zarezerwowany dla „rewolucji” skrót I P A.

Zaskoczeniem związanym z tym piwem nie był fakt, że się pojawiło. Nie traktuję jako zaskoczenia tego, że od razu wiedziałem jakie pojawią się głosy. Wiedziałem bowiem dokładnie, że zdania ulegną bardzo mocnej polaryzacji, a opinie nie będą brały jeńców. Wszystko sprawdziło się, co do joty. Ci, który za największą wartość uznają „piwną rewolucję”, jako znak sprzeciwu przeciw globalizacji i światowej gospodarce (mimo, że sami są najlepszym przykładem na glokalizację więc bardzo podobny model) od razu zaczęli to piwo krytykować. Natomiast ci, którzy w swej fascynacji – niczym Chińska Republika Ludowa – nad przekonania stawiają kwestie ekonomiczne zauważyli od razu, że piwo może i nie jest wybitne, ale przede wszystkim tańsze niż większość kraftu i zdecydowanie mocniej dostępne. Tak więc wszystko zgodnie z przewidywaniami….

Nieco większym zaskoczeniem był dla mnie niepochamowany wręcz pościg za tym piwem. W kraju, gdzie statystyka wskazuje ponad 4 piwne premiery dziennie. Cały tydzień obserwowaliśmy poszukiwania, pościgi, wymiany i inne przygody związane z zakupem piwa z koncernu. W szczycie zainteresowania wyglądało to jak scena z filmu science fiction, gdzie Książece IPA jest serum na jakąś zarazę i by się przed nią obronić trzeba je wypić (jak jodynę po Czarnobylu – z wykrzywieniem twarzy).

Myślę, że zarówno ograniczona w początkowej fazie dostępność, jak granie na polaryzację, były przemyślaną zagrywką ludzi pracujących na rzecz producentów Książęcej IPA. Po pierwsze działanie to mogło przeciągnąć zainteresowanie tym piwem nie do momentu premiery, ale do momentu zdobycia upragnionej butelki. Po drugie natomiast polaryzacja daje doskonałą pozycję do funkcjonowania produktu. Zwolennicy stają się automatycznie sojusznikami producenta, a antagoniści są negatywnie nastawieni „z przekonania”, więc w ostateczności doprowadza to to momentu, gdzie ich zdanie się nie liczy, ponieważ pozbawione jest racjonalnych przesłanek i argumentów.

Największym jednak zdziwieniem była dla mnie reakcja blogerów i innych reprezentantów wirtualnego piwnego świata. Zaskoczyło mnie nie to, że każdy to piwo chciał dostać, spróbować i wygłosić śmiałą tezę, która będzie aktywizować obserwujących daną stronę, czy facebookowy profil. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że wielu z komentatorów uciekło się do nieeleganckich insynuacji, czy sugerowania wręcz w jak „szemrany” sposób to piwo powstało. Nie wiem dlaczego? Z niewiedzy, czy może z obawy, że to piwo może zagrozić obecności na rynku innych piw… jednak powód nie ma znaczenia. Tak, czy owak to nieelegacko!

fot. 123rf.com
Nie ma jeszcze komentarzy...
CAPTCHA Image


Zaloguj się do profilu / utwórz profil
ZAMKNIJ X
Strona używa plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. OK, AKCEPTUJĘ