Partner serwisu
23 stycznia 2018

W piwie nie czas na ferie

Kategoria: Zdaniem Błażewicza

Przełom roku to czas różnego rodzaju zestawień, podsumowań, tabel i rankingów. Każda grupa piwnej sceny, z tych samych danych, wyciąga też inne wnioski.

W piwie nie czas na ferie

Widać, że impet budowania rynku browarów najmniejszych na ciągłych nowinkach dobiega kresu. Liczba premier – mimo, że wciąż imponująca – stabilizuje się. Coraz częściej słychać też, że ten rok przyniesie małą korektę, która wyruguje browary nie mające chęci na profesjonalizację. Osobiście liczę na to, że w rozpoczynającym się roku bez problemu będę mógł kupić ulubionego (tego samego) krafta przy każdej wizycie w sklepie, a nade wszystko, że browary wciskające „szajs” znikną z rynku.

Przyzwyczaiłem się też do tego, że w podsumowaniach ze strony największych, za całe zło i gorszy od poprzedniego rok została obarczona pogoda i brak dużych imprez sportowych. Ciekawi mnie tylko, co będzie jak tegoroczne lato będzie słoneczne, ale nie upalne, a nasze Orły sięgną po mistrzostwo świata, a browarom koncernowym nie… (nie chcę kończyć).

Zatem w tym okresie roku, gdy wszyscy zbierają dane, a następnie uogólniają, ja postanowiłem iść zupełnie inną drogą. W ostatnim tygodniu przeprowadziłem badania szczegółowe. Wybrałem 3 różne piwa (jedno warzone przez browar mały, jeden przez średni i jeden przez browar koncernowy), które postanowiłem obserwować we wszystkich odwiedzanych przeze mnie sklepach przez tydzień… Co ciekawe informacje, jakie uzyskałem okazały się nie mniej interesujące niż to, co czytam w ostatnich tygodniach w licznych podsumowaniach. Najstabilniejszym produktem okazało się piwo z browaru małego. Nie było dostępne we wszystkich odwiedzanych przez mnie sklepach, ale przez cały tydzień kosztowało tyle samo i sukcesywnie (praktycznie przez cały tydzień) znikało ze sklepowej półki. Piwo z browaru średniego (choć jeżeli chodzi o wielkość określiłbym to mianem wielkiego browaru niekoncernowego) obecne było we wszystkich sklepach. W tygodniu ginęło z półek sukcesywnie – butelkami. Jednak pod koniec tygodnia pojawiło się w gazetce promocyjnej i na weekend zostało wymiecione z półki – tym razem już całymi zgrzewkami. Najbardziej jednak zdumiało mnie piwo z browaru największego. W ciągu tygodnia, gdy prowadziłem obserwacje, wybrane przeze mnie piwo kosztowało ponad 4 złote, by kolejnego dnia cena niewiele przekraczała złote 2. W części sklepów piwo było dostępne w butelkach po standardowej pojemności 500 ml, w sieciach były też butelki mniejsze. Co ciekawe nie oznaczało to, że piwa w butelkach mniejszych były tańsze. Przyznam się szczerze, że wielość wersji, cen, objętości tego piwa zagubiło mnie ostatecznie.

I jakie wnioski wyciągnąłem z tego małego doświadczenia? Chyba prosty, ale obrazujący czego możemy się spodziewać po polskim rynku w tym roku. Mali będą dalej rozwijać swoją cenę, niekoncernowi średniacy dalej będą walczyć ceną i promocją. Natomiast browary największe będą robiły na rynku zamieszanie. Na wojnę w mikrusami i ich „kratem” wyślą piwa „kraty” – czyli takie, które tworzą poczucie różnorodności. Wobec średniaków wytoczą działa ceny i wielkości opakowania…. Cel tych działań – moim zdaniem – jest jeden: wprowadzić zamieszanie na rynku, zdezinformować klienta, zamieszać mu w głowie nazwami styli, ceną, butelką. Jak klient stracie orientację to znowu rynkiem będzie rządził ten, kto będzie miał w ręku reklamę (najlepiej tę telewizyjną), która odpowiada za 90% edukacji konsumenta.

Zatem jeżeli chcemy, by nie doszło do kontrerewolucji koncernów zamiast ferii zacznijmy walkę o wiedze i świadomość konsumenta na wszystkich poziomach piwnej wiedzy!

fot. 123rf.com
Nie ma jeszcze komentarzy...
CAPTCHA Image


Zaloguj się do profilu / utwórz profil
Strona używa plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. OK, AKCEPTUJĘ