29 sierpnia 2018

Rzemieślnik - nie saper

Kategoria: Zdaniem Błażewicza

Dość często w moich tekstach konfrontuję dwie figury: rzemieślnika i partacza. Ten pierwszy to fachowiec, któremu na sercu leży piwo, za które odpowiada. Jego najważniejszą cechą jest kompletna wiedza w zakresie surowców, procesów oraz efektów pracy. Przeciwstawiany mu partacz to raczej przeciwieństwo „rzemieślnika”, niż zestaw stałych cech. Raz może oznaczać człowieka, który bez względu na wszystko chce osiągnąć swój cel i np. niezgodnie z rzemieślniczymi standardami idzie na skróty w zakresie surowców, czy procesów. Innym razem partacz może oznaczać człowieka, który podejmuje działania, których nie rozumie, nie zna ich przebiegu i wyniku, a odpowiedzialność za nie przerzuca na konsumenta.

Rzemieślnik - nie saper

Także i dziś chciałbym przeciwstawić sobie te dwa wzorce funkcjonujące w piwnej branży. Do napisania tych kilku słów nakłoniły mnie powtarzające się sygnały o oferowanych do sprzedaży piw, które były mocno przegazowane, uciekały z butelek, a w skrajnych przypadkach wybuchały na sklepowych półkach, czy w rękach nabywców.

Przyznam szczerze, że nie mieści mi się w głowie, że sytuacja taka może mieć miejsce. Co więcej uważam tę sytuację za będącą całkowitym zaprzeczeniem pojęcia rzemieślniczości, czy fachowości w fachu piwowara.

Nie mam zamiaru roztrząsać komu, jakie piwa, i dlaczego, stają się granatami. Na to pytanie sobie, a przede wszystkim klientom, powinny odpowiedzieć osoby odpowiedzialne za produkcję lub właściciele tych browarów. Swoją uwagę ograniczę tylko do zauważenia, że dotyczyło to nie tylko browarów najmniejszych i w początkowej fazie rozwoju, ale także marek uznanych i browarów średniej wielkości. Tym bardziej jest to fakt, który daje do myślenia i domaga się kilku spostrzeżeń.

Pierwszym i najważniejszym zagadnieniem jest to, że oferowanie piw, co do których ma się jakiekolwiek wątpliwości nie powinno mieć miejsca. I nie chodzi o to, że takie piwo zaleje komuś ściany w kuchni, zmoczy koszulę, czy – nie daj Boże! – pokaleczy szkłem wybuchającej butelki. Straty będą o wiele większe niż policzalne koszta. Wszak liczy się efekt, jeżeli ktoś sięga po piwo i to nie nadaje się do picia. Jeżeli jest to piwny fachowiec (nie chcę używać słowa geek) zawiedzie się srogo i swoją opinią skutecznie zniechęci innych do danego producenta. Jeszcze większe szkody może to spowodować, gdy trafi się na osobę rozpoczynającą przygodę z światem piw niemasowych. Negatywna opinia zostanie rozciągnięta na wszystkie browary posługujące się określeniem rzemieślniczych, a to jest zagrożenie, które może skończyć się skreśleniem piw rzemieślniczych z list zakupowych tej grupy konsumentów.

Drugim równie ważnym elementem jest dla mnie zrozumienie, dlaczego rzemieślnicy podejmują decyzję, by zostać partaczami

Czy spowodowane jest to tym, że nie są w stanie wziąć na barki poniesionych kosztów surowców i niszczenia wadliwego piwa. Może feralne warki traktują, jako część procesu twórczego, gdzie wadę starają się przekuć w zaletę takiego piwa. (Wskazując, że tak dzieje się w rzemieślniczym piwowarstwie belgijskim). A może po prostu zabierają się do roboty w branży, której nie poznali jeszcze wszystkich tajników wiedzy, czyli… przypisali sobie tytuł piwowara a wyrost.

No i chyba to ostanie stwierdzenie odpowiada prawdzie, bo jak inaczej można wytłumaczyć fakt narażenia konsumenta na niesmak, bałagan, a najgorszym wypadku na niebezpieczeństwo. Prawdziwy rzemieślnik powinien mieć wiedzę i to nieopisywalne "czucie swojego piwnego dziecka". Niestety pęd z nowinkami i oferowanie wciąż nowych piw jest też elementem, który ową rzemieślniczość osłabia (czasem wręcz jej przeczy). Rzemieślnik zanim stanie się mistrzem musi odbyć praktykę jako czeladnik. Całymi dniami do znudzenia powtarzać te same czynności i dbać, żeby nie stały się one rutyną. Dopiero gdy nic nie będzie go w stanie zaskoczyć, a rozwiązanie będzie znajdował choćby w środku nocy wyrwany z najgłębszego snu wówczas może mówić o sobie jako fachowcu. Niestety odnoszę wrażenie, że coraz więcej jest takich, którzy terminowanie chcieliby zamienić w gwiazdorzenie. A to może być niebezpieczne dla całego segmentu branży, jak też klientów sięgających po partackie piwa.

fot. 123rf.com
Dominik Potok
2018-08-29
Amen.
Adam Strumień
2018-08-30
To proszę bardzo:
1. Dr Brew co chwile trafione piwa i często granaty,
2. Browar Profesja wszystkie piwa trafione dzikusami, granaty z każdego piwa pod koniec daty,
3. Browar Artezan ostatnio trafione piwa, 4 warki pod rząd przegazowanych piw,
4. Browar Raduga - wszystkie piwa z sokiem, albo nie pijalne przez nachalny sok albo ruszały w butelce (in plus wycofano takie partie z rynku),
5. Wbrew i Wielka wyspa warzą w Profesji ten sam problem.
To taka lista browarów zakazanych w moim sklepie.
PIT
2018-08-30
W przypadku browarów kontraktowych nie chodzi o koszt surowców tylko koszt piwa . Browar regionalny "sprzedaje piwo" browarowi kontraktowemu za 2-3 PLN (trochę więcej niż za ile upchnąłby swoje do hurtowni) . 1 Warka zwykłego piwa to przy zasięgu krajowym kilkanaście tysięcy butelek. Czyli przepalone 20-60 tys PLN .
qbas
2018-09-02
Faktoria - Peacemaker, przegazowane z charakterystycznym smrodkiem jak piwo przetrzymane na kranie. Sprawdzone na dwóch butelkach, nie dało się, poszedł kanał. Data do 26.02.19
CAPTCHA Image


Zaloguj się do profilu / utwórz profil
Strona używa plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. OK, AKCEPTUJĘ