Tylko u nas
27 sierpnia 2019

Zdaniem Błażewicza: Czyżby piwna rekonkwista, a może trojański koń?

Kategoria: Zdaniem Błażewicza

Ostatni tydzień wakacji… czas babiego lata i obserwacji powolnego ustępowania ciepłych dni na rzecz nieubłagalnie nadchodzącej jesieni. Dla mnie to czas lasu. Każdą wolną chwilę spędzam w lesie – obcuję z przyrodą, a czasem korzystam z jej hojnych darów.

Zdaniem Błażewicza: Czyżby piwna rekonkwista, a może trojański koń?

Leśna cisza i niezmącony spokój przełomu sierpnia i września to doskonała sposobność na pierwsze posezonowe przemyślenia związane z aktualną sytuacją na rynku piwa…

Oczywiście przemyślenia te mają charakter wrażeniowy, ponieważ nie mamy jeszcze twardych danych na temat produkcji i sprzedaży piwa w okresie letnim. Często jednak jest tak, że te pierwsze odczucia lepiej niż niejedna statystyczna tabelka oddają to, co w branży piszczy.

Idąc niespiesznie leśną ścieżką szukałem określenia, które miałoby zobrazować branżę tego lata. Pierwszym hasłem jakie przyszło mi do głowy była „rekonkwista”. Tak bowiem jak ta historyczna była długą walką o odzyskanie terytoriów, tak ten sezon był według mnie początkiem usilnych starań browarów największych w walce o ponowne zdominowanie rynku.

Tego lata koncerny nie przyjęły biernej postawy zadowolonych z siebie przodowników branży. Aktywnie działały, żeby udowodnić, że robią wiele dla różnorodności oferty i obecnych na rynku piw. Same proponowały nowe piwa i wariacje na ich temat. Importowały piwa produkowane w innych krajach, ale pochodzące „ze stajni” rodzimego koncernu. Aktywizowały się skracając dystans od producenta do konsumenta. Przede wszystkim spijały śmietankę z rosnącej popularności piw z dodatkami, radlerów, czy owocowych wariacji piw bezalkoholowych. Tak dużej aktywności browarnianych gigantów nie widziałem dawno. Co więcej aktywność ta była ze snajperską wręcz dokładnością kierowana…

Oczywiście sama metodologia wabienia klientów nie zmieniła się. Uogólniała pewne sprawy, czy kierowała wręcz uwagę konsumenta w wygodną dla siebie. Pewne jest jednak to, że tego lata koncerny stały się największymi beneficjentami piwnej rewolucji.

Stało się to możliwe dzięki piwnemu koniowi trojańskiemu…

Od kilku lat rola małych aktywnych browarów nieustannie rosła. Wpierw pokazała, że piwa mogą być bardzo różnorodne i trafiać w każde niemal gusta. Następnie uzmysłowiły, że piwo nie musi kosztować tradycyjnych 2,5 zł i jego cena może być zdecydowanie wyższa. Krokiem ostatnim było pokazanie, że miejsce różnorodnych piw jest także na półkach największych sieci handlowych. I teraz, gdy wszystko wydawało się takie piękne okazuje się, że tuż obok nich (jak z wnętrza trojańskiego konia) pojawiają się piwa, które mają takie same nazwy stylów (o walory mniejsza), ale są tańsze, do tego oferują gadżety, a ich renomę potwierdzają kampanie reklamowe. Do tego za nimi stoi cała machina logistyczna, która nie tylko wspiera transport i dystrybucję (tak w butelki, jak puszki).

Szkoda tylko, że klient mając przed oczami całą tę różnorodność nie zastanawia się nad jakością (tę gwarantuje twarz z TV), nie zastanawia się jak to się dzieję, że danego piwa jest kilkanaście wariantów smakowych - tylko który wariant jest jego ulubionym. Cieszy się, że uczestniczy w bogatym rynku, choć nie wie jakie są tego koszty i co mu jest oferowane…

fot. 123rf.com/ zdjęcie ilustracyjne
Nie ma jeszcze komentarzy...
CAPTCHA Image


Zaloguj się do profilu / utwórz profil
ZAMKNIJ X
Strona używa plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. OK, AKCEPTUJĘ